non.fiction,  piszę

Biskupi sami nie rozwiążą problemu. Co mogą zrobić świeccy?

Polscy biskupi nie rozwiążą sami problemu pedofilii i przemocy seksualnej wśród duchownych z dwóch powodów. Po pierwsze KEP jako ciało jest niewydolne. Strach bierze górę, a do zmiany są nie tylko wewnętrzne przepisy i kodeks postępowania, ale przede wszystkim mentalność samych biskupów. Po drugie oskarżenia dotyczą niektórych z nich. Trudno być sędzią we własnej sprawie.

Po filmie Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”, którego nie byłem w stanie obejrzeć w całości za jednym razem, kołacze mi się w głowie myśl, co powinni zrobić świeccy i pewność, że musimy coś zrobić. W Internecie padają podobne pytania i najróżniejsze recepty. Niektórzy chcą zastosować terapię szokową: protesty i zawiadomie do prokuratury na hierarchów. Inni ze strachem powtarzają, że nie można tak ostro, bo to trudny proces i możemy ich spłoszyć. Czas na półśrodki i delikatność minął jakieś 15 – 20 lat temu. Jesteśmy spóźnieni z rozliczeniem wykorzystywania seksualnego w polskim Kościele. Do końca natomiast ufam, że polski system sprawiedliwości jest wydolny i poradzi sobie z prawdziwymi przestępcami. Stąd nie mam manii, aby teraz zamykać wszystkich biskupów w więzieniach. Prawda jest taka, że jako wierni musimy na nich wreszcie wpłynąć z całą stanowczością. Czas na słowa już się skończył, przyszedł czas na rozliczenia i zadośćuczynienie. W najbliższym czasie okaże się jednak, czy ważniejsze jest dobro Kościoła w osobach skrzywdzonych, czy lojalność wobec braci w biskupstwie.

Sam jeden abp Wojciech Polak nie poradzi sobie z problemem. Sądzę, że ani w KEP, ani w jego prezydium nie jest w większości. Biskupów mówiących podobnym do niego językiem mogę policzyć na palcach jednej ręki. Jestem mu ogromnie wdzięczny za to, że potrafi wybić się swoją wrażliwością ponad znieczulicę, którą czasami prezentują niektórzy biskupi. Cieszę się, że pierwszą oficjalną reakcją Kościoła po publikacji filmu Sekielskiego była właśnie jego wypowiedź. Powiedział w niej dwie najważniejsze rzeczy: „przepraszam” oraz „nie ma innej drogi dla Kościoła”. Ale na tej drodze ani on, ani inni biskupi nie mogą zostać sami. Nie rozwiążą oni sami problemu pedofilii, przemocy seksualnej wśród duchownych i jej tuszowania z dwóch powodów. Po pierwsze KEP jako ciało jest niewydolne. Strach bierze górę, a do zmiany są nie tylko wewnętrzne przepisy i kodeks postępowania, ale przede wszystkim mentalność samych biskupów. Po drugie oskarżenia dotyczą niektórych z nich. Trudno być sędzią we własnej sprawie. A bez odsunięcia i ukarania biskupów zamieszanych w świadome tuszowanie, o których mogliśmy choćby usłyszeć w filmie, słowa innych pozostaną niewiarygodne.

Co zatem mogą i powinni zrobić świeccy? Przede wszystkim przestańmy się tłumaczyć po każdej słusznej krytyce „ale i tak kocham Kościół” itp. Dla mnie to logiczne, że mówimy tak trudne rzeczy z miłości – zwłaszcza do tych, którzy w naszym wspólnym domu są krzywdzeni, a są przecież Kościołem. Stawanie w ich obronie uważam za ewangeliczny obowiązek i konieczność, więc nie muszę się tłumaczyć z tego. Za takim właśnie zmiękczaniem przekazu ukrywają się hierarchowie, którym trudno przychodzi rozliczenie. Bo jak trzeba posprzątać bałagan to wszyscy jesteśmy Kościołem, ale wystarczy zobaczyć ilu świeckich jest obecnych przy zapadaniu decyzji w diecezjach, żeby wiedzieć, że tu Kościołem są przede wszystkim hierarchowie. Dopóki rozliczenie przeprowadzane jest w tak wąskim gronie w zamkniętych pałacach, nie będzie ono takie, na jakie zasługują pokrzywdzeni. Przestańmy tłumaczyć się z krytyki; mówmy jasno, co nam się nie podoba; zacznijmy pisać listy do kurii i napominać. Jeśli duchowni nie mają w sobie autorefleksji, to wierni powinni stać się wołającym sumieniem. I nie jeden raz, ale za każdym razem.

Wszędzie, gdzie Kościół wykonał ogromną pracę w oczyszczeniu się z pedofilii i innych grzechów instytucjonalnych, był silny nacisk wiernych (patrz na przykład Chile i USA). Bez nas się nie uda. Powinniśmy sami zgłaszać się w diecezjach do komisji, zespołów doradczych, rad. To nie jest żadna chwała, że zostajemy do niej powołani, ale obowiązek ciężkiej pracy. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do niej u podstaw, bo często to w kuriach jest zator komunikacyjny i ważne rzeczy nie dochodzą do biskupa. Wypowiedzi niektórych z nich zdradzają, że są odcięci od rzeczywistości wiernych i toczą jakieś wyimaginowane wojny z bliżej nieokreślonym wrogiem. Jeśli nie ma tam nas świeckich, jeśli nie mamy odwagi wprost mówić, że nam się nie podoba zachowanie kurialistów i biskupów, to tylko utwierdzamy ich w przekonaniu, że z poziomu tronu są władcami absolutnymi. Ich jedyną metodą jest często umacnianie warowni i przeczekiwanie kryzysu. Naprawdę weźmy odpowiedzialność za Kościół w Polsce. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tak było. Jeśli chcemy mieć odpowiedzialnych i wrażliwych biskupów, to pokażmy im świat, którego nie dostrzegają. Nie ma innej drogi do zmiany mentalności.

Druga rzecz, w której wierni mogą wziąć udział, to inicjatywa, która już się dzieje. „Zranieni w Kościele” – telefon zaufania i realnej pomocy dla osób skrzywdzonych przez duchownych. Powstał z potrzeby serca ludzi świeckich, którzy nie byli już w stanie znieść czekania i powolności procesów na szczytach kościelnej władzy w Polsce. Bo jedno to rozliczyć sprawców i współwinnych, ale drugie nie mniej ważne, aby zadbać o pokrzywdzonych i zaoferować im realną pomoc teraz. Dostrzec w nich człowieka, a nie liczby i statystyki. Od organizatorów wiem, że telefon spełnia swoją rolę. Pomógł już wielu osobom, a w niektórych przypadkach sprawy zostały zgłoszone dalej. Co ważne jest to inicjatywa niezależna od pieniędzy biskupów, a więc nie zdana na ich łaskę i niełaskę. I dlatego bardzo potrzebne jest, żebyśmy jako świeccy wspierali ją nie tylko duchowo i życzliwym słowem, ale też finansowo. To może być nasz udział w zadośćuczynieniu pokrzywdzonym. Jeżeli tylko możecie – wpłaćcie coś, ale też udostępniajcie informację o „Zranieni w Kościele”, żeby dotarła do tych, którzy często w ogromnym lęku i poczuciu wstydu ukrywają się przed światem. Wrzućcie nie tylko na facebooku, wydrukujcie plakat i zanieście do proboszcza waszej parafii, a jeśli się sprzeciwi zawieście sami na tablicy ogłoszeń. Macie do tego prawo – my też jesteśmy głosem Kościoła i musi być słyszalny.

 

 

Trzecią ważną rzeczą jest edukacja. Zapewnia ją choćby Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie. Polecam śledzić ich profil. Tylko ucząc się o skali i przyczynach zjawiska, operując odpowiedzialnym i precyzyjnym językiem, będziemy lepiej potrafili dostrzegać skutki i potrafili mądrze pomagać pokrzywdzonym. To też walka z trollami internetowymi i bezdusznością, które sprawiają, że pokrzywdzeni ulegają ponownej wiktymizacji. Dość przyzwolenia na mówienie o skrzywdzonych w sposób, który im uwłacza. Dość posądzania ich o działanie na szkodę Kościoła. Przestańmy powielać fake newsy, a zacznijmy pisać rzeczowo z wyczuciem i empatią. COD oferuje szkolenia, dostęp do sprawdzonych materiałów, fachowe opinie i rzeczowe diagnozy. Odkłamują również fałszywe obrazy, które kreują niektóre media. Bądźmy odpowiedzialni za słowo, aby nie raniło.

Ostatnią rzeczą, którą możemy zrobić już dziś, to polecić innym w Kościele film Tomasza Sekielskiego. To ciężka, ale naprawdę rzetelna produkcja. Odkłamujmy jej wizerunek jako wrogiej Kościołowi. Ten film pomaga zrozumieć, co jest prawdziwym problemem w walce z pedofilią w polskim Kościele. Ten dokument uwrażliwia nas też na jakikolwiek rodzaj przemocy – w Kościele i poza nim. Jestem wdzięczny Tomaszowi Sekielskiemu, że wykonał kawał ciężkiej pracy ponad ideologicznymi podziałami. Udowodnił, że zło pozostaje złem niezależnie od barw klubowych i przynależności. Doceńmy ten trudny obraz.

Dziennikarz, publicysta i wydawca portalu DEON.pl. Autor Wydawnictwa WAM ("Po tej stronie nieba. Młodzi święci"). Bloger i grafik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.