piszę,  słucham

Ich zdjęcia zrobione na krótko przed śmiercią niosą nam ważne przesłanie

To zdjęcie mną wstrząsnęło kilka lat temu. Od tamtej pory średnio raz w roku ktoś mi je przypomina, najczęściej w kolejne rocznice jej śmierci. Jedno z ostatnich zdjęć Amy Winehouse zrobione na „najbardziej beznadziejnym koncercie na świecie”, w trakcie „żenującego występu pijaczki”, podczas „publicznego upadku byłej ikony muzyki”, „między wymiotowaniem a fałszowaniem”. Czy ktoś widział w niej jeszcze człowieka?

To i tak jedne z najłagodniejszych określeń, jakie na przełomie czerwca i lipca 2011 roku krążyły w Internecie po koncercie w Belgradzie, który nie był już nawet wołaniem o pomoc, ale powolnym umieraniem na oczach całego świata. Chciałbym móc powiedzieć, że się nie dziwię ludziom, którzy kupili bilety i oczekiwali świetnego występu, dostając w zamian takie sceny, ale nie powiem – wciąż pamiętam, że stał tam przed nimi mocno pogubiony człowiek przez lata utwierdzany w nałogach ku uciesze konsumentów. Bilet, nawet ten VIP, nie sprawia, że przez godzinę lub dwie stajesz się panem duszy i życia artysty na scenie. Bilet nie upoważnia Cię do mieszania go z błotem. W imię czego – zawiedzionych oczekiwań? Tym bardziej nie rozumiem zachowania wielu polskich fanów w tamtym czasie, dla których jej tragiczna śmierć była jedynie okazją do refleksji: „Wiedziałem, że tak będzie po tym rzyganiu w Belgradzie. I co ja teraz ku*** z biletem zrobię?”. Amy do Polski już nie dotarła. Amy zabrnęła znacznie dalej, skąd powrotu nie było – do granicy swoich lęków, fobii i uzależnień. Diagnoza: „zatrucie alkoholowe po długim okresie abstynencji”. Ale przecież wszyscy widzieli, jak Amy się zatruwa. Nikt nic nie zrobił.

Nie będę bronił jej stylu życia i wyborów, obarczając winą wrażliwość. „Wrażliwe dusze tak mają” – tłumaczymy celebrytów, którzy ledwo trzymają się kupy, popijając środki nasenne wódką. Tymczasem podchmielony pan w tramwaju lub osoba bezdomna po alkoholu to już żałosny element, a nie „wrażliwiec”. Tak rozróżniamy, kiedy używki są fajne i niefajne. Alkohol jest dobry, gdy staje się twórczym paliwem artystów, których pożera popkultura. To nie tabu, ale powszechna wiedza. „Fani lubią, kiedy znów cierpisz. Piję łychę, piszę płytę, czeka room service” – przyznaje szczerze Taco Hemingway w piosence. Coś w tym jest. Lubimy cudze dramaty, żeby nie musieć mierzyć się z własnymi.

Ale może być też tak – popatrzmy na drugie zdjęcie. Zrobiono je 21 lipca 2014 roku. To Robin Williams w dniu swoich urodzin. „Happy Birthday to me!” – napisał, wrzucając je na Instagram. Trzy tygodnie później znaleziono go martwego, powiesił się. Jeden z najbardziej znanych aktorów i komików, charyzmatyczny i ciepły człowiek. Całe życie najlepiej wychodziły mu żarty z siebie samego, nie budował popularności na wyśmiewaniu innych. Od lat chorował na depresję, uzależnił się od alkoholu, leków, narkotyków. Przed śmiercią usłyszał diagnozę – choroba neurodegeneracyjna. Widzicie to na tym zdjęciu? Pewnie, że nie. Może teraz z perspektywy czasu dostrzegamy w jego oczach jakiś smutek, pustkę. Ale nauczył nas przecież, że radość idzie w parze z refleksją – nigdy nie był głupim śmieszkiem. Tyle że depresji nie widać. To cichy zabójca zatruwający swoją ofiarę niczym ulatniający się czad.

Depresja to dla nas synonim melancholii, doła, żalu, ale na pewno nie choroba śmiertelna. To nawet nie grypa – częściej fanaberia. Pięć lat przed śmiercią Robin Williams przeszedł operację, po której w jednym z wywiadów powiedział: „Cieszę się, że wciąż żyję. Po operacji serca człowieka nachodzą różne myśli. Jestem wdzięczny, że mogę oddychać normalnie. Codziennie dziękuję też za moją rodzinę i przyjaciół, za ich wsparcie w tych najtrudniejszych momentach. Czuję się, jakbym dzięki operacji dostał drugą szansę, więc bezustannie za nią dziękuję i staram się to wykorzystać jak najlepiej”. Co się stało w ciągu tych dwóch tysięcy dni nowego życia, że postanowił tę szansę jednak zmarnować i zamknąć na zawsze rozdział? Tego się nie dowiemy. Pozostaje to szokiem również dla najbliższych. Nie pytali – bo każdy ma prawo do kilku gorszych dni, tygodni, jakiejś małej ucieczki od zgiełku. Robin uciekł im na zawsze.

Piszę o nich, bo ich historia mnie porusza, a do filmów i piosenek często wracam. Piszę też dlatego, że śmierć celebrytów zwraca naszą uwagę. Jednocześnie chciałoby się powiedzieć: szkoda, że dopiero śmierć. Niby to nie nasze zadanie o nich walczyć, jesteśmy tylko odbiorcami ich pracy za szklanym ekranem smartfonów i telewizorów. Gdzie byli przyjaciele, a gdzie rodzina – pytają usprawiedliwiająco ludzie, w tym samym czasie czytając plotkarskie portale, które żywią się ich tragedią niczym komary krwią. Ich kliknięcia to pieniądze wpłacone na pseudo-dziennikarski biznes, który już nie jedną osobę wpędził w uzależnienie lub do grobu, utwierdził w przekonaniu, że jej nałogi to część świadomego stylu i kreacja sceniczna. Jednocześnie oswajają one czytelników z przemocą, wulgarnością i zanikiem jakichkolwiek granic prywatności. A nade wszystkie zabijają w nich empatię.

Czytaj też: Moja depresja nie była dziełem szatana>>

Jest jeszcze jedna strona medalu. My też dla kogoś jesteśmy rodziną, przyjacielem, sąsiadem. I chociaż widzimy czyjeś upadki, to mamy zasadę, że lepiej się nie wtrącać. Nasza empatia zbyt często ogranicza się tylko do współodczuwania z kimś smutku, choć nawet w tym przypadku mamy zupełnie różne powody. Nam jest smutno, bo komuś innemu jest smutno, ale z perspektywy tej osoby może jej się walić życie. To już nie smutek, ale rozpacz. Dopóki nie okażemy zainteresowania i nie wysłuchamy tego, co ona ma do powiedzenia nam własnymi słowami, pozostajemy jedynie w sferze domysłów na temat jej sytuacji.

Chciałbym, żebyście z tego tekstu zapamiętali przynajmniej te dwa zdjęcia i zestawiali je ze sobą jak najczęściej. Po śmierci Robina wielu mówiło i pisało, że gdyby tylko widzieli, że coś jest nie tak, to zaoferowaliby pomoc. Przykład Amy pokazuje, że możesz zapić się na oczach całego świata i ludzie wciąż nie widzą „twoich problemów”. Zawsze jest jakieś „ale” i „gdyby”. W tej chwili w twoim domu lub życiu też może być ktoś, kto potrzebuje pomocy. Depresja i uzależnienia mają wiele twarzy. Mogą być np. uśmiechniętą, serdeczną i ciepłą twarzą komika, obdarzoną spojrzeniem pełnym pokoju. A w środku trwa dramat, o którym usłyszysz tylko wsłuchując się między wiersze.

Dziennikarz, publicysta i wydawca portalu DEON.pl. Autor Wydawnictwa WAM ("Po tej stronie nieba. Młodzi święci"). Bloger i grafik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.